Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

22.08.2014
piątek

Serce opowieści

22 sierpnia 2014, piątek,

Pewnych cytatów nigdy dość. A oto jeden z takich literackich evergreenów. Posłuchajcie.

„Taki właśnie musi być detektyw w powieści kryminalnej. To on jest bohaterem, on jest wszystkim. Musi być człowiekiem pełnym, człowiekiem przeciętnym, a jednak niezwykłym. Musi być – jeśli użyć wyświechtanego wyrażenia – człowiekiem honoru, z instynktu, nieuchronnie, wcale o tym nie myśląc, a już z pewnością nie mówiąc. Musi być najlepszym człowiekiem w swoim świecie i dość dobrym dla każdego świata. (…) Powieść jest przygodą takiego człowieka w poszukiwaniu ukrytej prawdy i nie byłaby to przygoda, gdyby nie przydarzyła się temu, kto ma żyłkę do przygód”.

Święty kryminału, Raymond Chandler, w finale programowego, można rzec, eseju (taką rolę odgrywa „Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych” dla podgatunku nor) dotknął istoty rzeczy. To bowiem nie intryga (wbrew temu, co twierdzi modny obecnie Pierre Lemaitre) i nie mozolnie kreślone tło społeczne (w myśl tradycji skandynawskiej) są sercem kryminału, niezależnie od ich oczywistej istotności i niezbywalności nawet.

Owym sercem jest niezmiennie bohater. Wbrew roztrząsaniom teoretycznoliterackim, które w powieści każą widzieć narrację i świat przedstawiony, obstawałbym przy takim określaniu sensu gatunku, który zaproponował Milan Kundera w „Sztuce powieści”. Oto bowiem, gdy otwieramy „Don Kichota”, „Czerwone i czarne”, ale także „Długie pożegnanie” i „Kaskady”, nieodmiennie natrafiamy na sytuację, gdy bohater zmierza z punktu A do punktu B, a po drodze coś mu się przydarza. My zaś w tej podróży mu kibicujemy, owe peregrynacje przeżywamy, bywa, że emocjonalnie wnikamy, niczym pokonując taflę lustra albo magiczne drzwi, w ten powieściowy świat, który staje się od tej chwili naszym dojmującym doświadczeniem.

I dlatego właśnie każdy autor pragnie, by jego postać wyróżniła się z zastępu policjantów, detektywów oraz indywiduów wszelkiej maści wypełniających krwawe historie. Każdy dąży w sumie do tego, by jego bohater – trochę jak na konkursie piękności – przykuł uwagę, uwiódł, przywiązał do siebie, stał się, aby ująć to teraz neoliberalnie, brandem: marką rozpoznawalną pośród wielu innych znaków. Raz spotkamy się więc z genialnym kryminalistykiem Lincolnem Rhyme’em – sparaliżowanym, poruszającym się na wózku bohaterze cyklu powieściowego Jeffery’ego Dealera; innym razem kibicować będziemy komisarzowi van Veeterenowi stworzonemu przez Håkana Nessera, który (van Veeteren, jak z tym u szwedzkiego pisarza nie wiem) słucha po godzinach łatwych i przyjemnych utworów Krzysztofa Pendereckiego. Czasem bohaterów będzie kilku; czasami będzie nim szwarccharakter w rodzaju doktora Lectera albo profesora Moriarty’ego.

I tak dalej.

Chcemy więc dać bohaterowi to „coś”, a rzecz nie jest taka łatwa. Tworząc postać profilera Rudolfa Heinza, przydałem mu parę bliskich mi cech, takich drugo-, trzeciorzędnych. Zatem Heinz trenuje karate, ale, rzecz ważniejsza, jest gitarzystą bluesowym. Jego ulubionym zespołem, jak na oldskulowca przystało, jest Led Zeppelin, zaś czymś w rodzaju talizmanu – kostka do gitary, która należała do samego (i nieodżałowanego) Steviego Raya Vaughana.

Nieźle to wymyśliłem.

Mijają lata. Natrafiam na najnowszą książkę – znakomitą, polecam! – Iana Rankina „Stojąc w cudzym grobie” i na taki dialog:

„ – To jest detektyw starszy inspektor Page – przedstawiła go Siobhan.
– James Page – sprecyzował tamten.
– Trochę się pan zmienił – zauważył Rebus, a kiedy Page spojrzał na niego tępym wzrokiem, wyjaśnił: – Led Zeppelin. Gitarzysta.
– A tak, takie samo nazwisko – Page spróbował się w końcu uśmiechnąć…”.

Scenę wcześniej, a może ze dwie, John Rebus bawi się pewnym przedmiotem. Zgadniecie jakim? Tak, kostką do gitary. Nie jest to wprawdzie kostka Vaughana, ale jednak. A poza tym, jeśli przeczytacie „Elitę zabójców” Lee Childa, dowiecie się, który gitarzysta był ulubionym muzykiem Jacka Reachera. Domyślcie się sami…

Słowem: łatwo nie jest. Trzeba jednak naszego bohatera wyposażyć w bagaż nie tylko zawodowych kompetencji, ale też tak wypełnić ten jego ekwipunek, by stał się istotą z krwi i kości, postacią wiarygodną, człowiekiem – raz jeszcze Chandler – przeciętnym, a jednak niezwykłym lub też – to wariant Lee Childa – człowiekiem niezwyczajnym, lecz obdarzonym powszechnie odczuwalnymi emocjami. I wprawdzie w opowiadaniach nie ma czasu, by rozpędzić naszego bohatera i dać mu porządnego fabularnego kopa, ale można potraktować tę formę jako narracyjny tester: opowieść, która – być może – pozwoli stworzyć prototyp niezapomnianej powieściowej postaci.

Czego Wam, o ile już chcecie pisać, życzę.

***

A skoro o opowiadaniach mowa: konkurs „Lato z kryminałem” znajduje się na ostatniej prostej. Na Wasze dzieła czekam do najbliższej niedzieli – niechaj będzie to więc fabularnie krwawa niedziela – więc do 24 sierpnia, do północy. Następnie dzieła owe, zapieczętowane i wywiezione przez konwój pod osłoną nocy, staną się obiektem knowań i zabiegów, o których nic więcej, póki co, powiedzieć nie mogę.

Pracowitego weekendu zatem. Albo: abyście, podczas letniego popołudnia i wieczoru spotkali na swej drodze bohatera jak należy. Niekoniecznie w telewizorze. Niekoniecznie z reklamy Leroy Merlin.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 13

Dodaj komentarz »
  1. Szanowny Panie Jurorze. Miał być blog na temat pisania opowiadań kryminalnych, a Pan reklamuje Piłę ( osobiście nie lubię tego miasta) i jako wzór kryminalnych opowieści stawia Pan schematy powielane od wielu, wielu lat. Mnie osobiście bardziej rajcuje czytanie powieści, która nie jest schematyczna, bo ona ma jakąś wartość dodaną. Nie sztuka napisać coś na wzór czegoś, jeśli ma się dobry warsztat, sztuką jest stworzenie czegoś, co kiedyś będzie wzorcem. Powinien Pan zachęcać do tworzenia rzeczy nieszablonowych, oryginalnych w formie, jak i w treści. Pisanie powinno być sztuką, a nie rzemiosłem. Jeśli będzie tym drugim, to czym się będzie różnić od szewstwa, czy krawiectwa? Wiem, że jest lato, że się nie chce, ale pogoda ostatnio zbytnio nie dopisuje, to może warto dać z siebie więcej? Pozdrawiam,
    pisarz powieści sensacyjnych.

  2. Szanowny Panie Andrzeju. Po pierwsze – nie reklamuję Piły, jeno festiwal kryminalny (a i znakomitego bloga, gdzie znajdzie Pan wiele „schematycznych” i „nieschematycznych” powieści). Po wtóre – Pan wybaczy, że będę sam decydował, o czym piszę (podobnie jak i Pan, czyniący ten wpis). Po trzecie – kwestia najważniejsza – twierdzę, że znajomość warsztatu jest absolutną podstawą (Pańskie porównanie z krawcem i szewcem jest całkiem na miejscu i zasadne, tu się różnimy) i nie wierzę w żadne satori, olśnienia, spływające natchnienia i boskie kreacje pisarskie. Warsztat jest bazą. I od podstaw trzeba zacząć. Oczywiście, każdy pisarz chce stworzyć coś, co będzie miało autorską sygnaturę, podpis, ale – szczególnie w przypadku literatury o silnie zarysowanych regułach gatunkowych – jeśli rzecz sprowadzi się do samego podpisu, to wychodzi zwykle bełkot. Być może nieszablonowy, ale bełkot wszelako. Dlatego też przywołuję miedzy innymi Chandlera i Rankina – pisarzy, którym i warsztatu, i oryginalności nie brakuje.
    Pozdrawiam serdecznie –
    mc

  3. „Trzeba jednak naszego bohatera wyposażyć w bagaż nie tylko zawodowych kompetencji, ale też tak wypełnić ten jego ekwipunek, by stał się istotą z krwi i kości, postacią wiarygodną, człowiekiem” – przepraszam ale czy Pan wie, że uczestnicy mają napisać opowiadanie na 15 tys. znaków?
    To chyba jednak zupełnie inna bajka niż stworzenie wiarygodnego i oryginalnego bohatera powieści kryminalnej.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Szanowny Panie Jurorze, nie pisałem o samym podpisie. Chodzi mi o wyjście poza zwykłą literacką sztampę. Jeśli nie wierzy Pan w olśnienia, to znaczy, że może to jeszcze przed Panem, czego Panu serdecznie życzę, wtedy zrozumie Pan, co miałem na myśli. Przywołuje Pan Chandlera i Rankina twierdząc, że im oryginalności nie brakuje. Właśnie w tym rzecz. Oryginalności życzę uczestnikom konkursu. Łączę serdeczne pozdrowienia.
    Andrzej

  6. Do Tio:
    ależ piszę bardzo wyraźnie, że – o ile opowiadanie nie jest dla Państwa wakacyjną przygodą, zamierzacie coś więcej i macie plany – warto pomyśleć „prototypowo” albo, ujmując to inaczej, o pewnej potencjalności bohatera. Tak na przyszłość. Limit 15 tys. znaków jest morderczy, nomen omen, pełna zgoda.

  7. Oj znałam kiedyś kogoś, kto wierzył w boskie natchnienie… W ramach koleżeńskiej pomocy pomagałam mu przy redakcji tekstu. Do dziś mam traumę.
    „No i co z tego, że koń nie dałby rady galopować przez dziesiątki mil? Przecież ja piszę fantastykę, tu wszystko jest możliwe!”
    „Nie wiem, co masz na myśli mówiąc, że scena jest napisana zbyt sucho i nie wywołuje emocji. We mnie wywołała! Prawie płakałem, jak ją pisałem!”
    „O drobiazgach, jak na przykład akapity, czy poprawny zapis dialogów, może pamiętać ktoś taki, jak ty, kto nie czuje prawdziwej duszy literatury i nie wie, jak to jest być artystą!”
    Pomogłam nadać jego „arcydziełu” względnie akceptowalną formę, a jego samego jakimś cudem nie zamordowałam, w związku z czym czekam na pokojową Nagrodę Nobla.
    Tak więc – mimo, że nie jestem profesjonalnym literatem, ani redaktorem – miałam okazję przekonać się, jakie koszmarki powstają, gdy „natchnienie” nie idzie w parze z warsztatem i jak ciężko pracuje się z człowiekiem, który chce pisać, a nie widzi sensu w nabywaniu i szlifowaniu umiejętności warsztatowych.

  8. O coś takiego mi chodziło – nic dodać, a tym bardziej nic ująć.
    Słowo wyjaśnienia jeszcze: staram się czynić uwagi, które, mam nadzieję, zostaną potraktowane jako „materiał do przemyślenia”, jak mawiał niejaki Stirlitz; materiał dla jednych bardziej przydatny, dla innych mniej.
    Serdeczności –
    mc

  9. Szanowni Państwo, bardzo bym prosił o uważne zapoznanie się z moimi uwagami. To było tylko kilka zdań, w których wyraziłem się bardzo jasno. Nie negowałem warsztatu, ale pisałem o czymś prócz niego. Cieszę się, że ożywiłem tego bloga, bo na odległość cuchnęło od niego nudą i nieświeżym trupem. Może trup pasuje do tematyki konkursu, ale nie do poradnika dla początkujących pisarzy. Przynajmniej coś się dzieje. 🙂

  10. Uwielbiam ten moment, kiedy nikomu nic się już pisać nie chce. Zapada cisza i można spokojnie pomyśleć, komu o co chodziło. Tylko po co?

  11. A czy można zapytać, ot tak, z ciekawości, ile zgłoszeń jest na chwilę obecną? 🙂

  12. Czy jest ich dużo? Wkrótce się Państwo dowiecie…

  13. Obstawiam, że gdzieś około 250 😉 trafiłem?

  14. Panie Andrzeju, z jednej strony myślę, że rozumiem, o co Panu chodzi, z drugiej jednak chyba trudno, jak Pan to określił, wyrazić się jasno, kiedy mowa o tym tajemniczym „czymś”, co nadaje dziełu głębi i autentyczności.
    Myślę, że to coś w rodzaju osobistego filtra codzienności – spostrzegawczość, wrażliwość, umiejętność dokonania interpretacji. Inna sprawa, że przecież człowiek się z tym nie rodzi. Istnieją jednostki, które z jakichś „pozaliterackich” przyczyn postrzegają świat w szczególny sposób i w pewnym momencie decydują się te spostrzeżenia przelać na papier – z lepszym, lub gorszym skutkiem. Są i takie, których recepcja świata niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale postanawiają sobie, że chcieliby spróbować sił w pisaniu i dopiero dzięki zaangażowaniu w ćwiczenia warsztatowe zaczynają widzieć więcej, inaczej, co z kolei prowadzi do polepszenia jakości ich prozy.
    Dla mnie klucz leży w szczerości, a jednocześnie w odwadze i pewnej przewrotności autora. Pisarz, moim zdaniem, powinien być trochę nieobliczalny. Nie znoszę czytać książki i jednocześnie widzieć, jak obracały się tryby w głowie autora – żeby tylko wszystko było dokładnie na swoim miejscu, nie za dużo, nie za mało, żeby się czasem nikt nie zraził i żeby wszyscy byli zadowoleni. Wszystkich zadowolić się nie da, jak wiadomo, a usilne próby sprawią tylko, że książka będzie nieszczera i wymuszona.
    Nie znaczy to, że trzeba wszystkie schematy koniecznie stawiać na głowie. Przełamywanie schematów na siłę, również jest – no właśnie – na siłę. Myślę, że trzeba po prostu wierzyć w to, co się pisze, wiedzieć co i po co się robi. To w połączeniu z solidnym warsztatem powinno chyba przynieść efekt. Przynajmniej ja to tak odbieram.
    Inna sprawa że jestem dosyć trudnym odbiorcą i największej satysfakcji z lektury nie mam wcale wtedy, gdy wszystko toczy się gładko i szybko, a na koniec elementy układanki wskakują na swoje miejsce. Wolę, jak coś mi zgrzyta, coś uwiera, coś pozostaje niedopowiedziane. „Niedoskonałość dobrej jakości”, jak pisał Murakami.
    Te specyficzne preferencje prawdopodobnie odbijają się w moim własnym pisaniu, co chyba niekoniecznie wychodzi mu na dobre. Przynajmniej na razie. Bo o ile o niedoskonałość u mnie łatwo, o tyle z tą jakością różnie bywa. Mam nadzieję, że kiedyś dojdę do wprawy.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*