Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

11.08.2014
poniedziałek

Modus operandi, czyli od czego zacząć

11 sierpnia 2014, poniedziałek,

Jak to jest kogoś dusić torbą foliową? Takie pytanie zadałem w mejlu wybitnemu medykowi sądowemu, doktorowi Jakubowi Trnce, gdy lata już temu przymierzałem się do napisania powieści „21:37”. Autorzy kryminałów zadają różne, niekiedy dziwne, pytania, wszelako jedno pozostaje fundamentalne i wspólne dla wszystkich: od czego zacząć?

Nie chodzi o pierwsze zdanie i/lub akapit (do tej sprawy może jeszcze kiedyś powrócę). Od czego zacząć, czyli od jakiego punktu rozpocząć myślenie o całej historii? Co będzie paliwem fabularnym i co będzie naszą opowieść nakręcać? W moim przypadku kluczowe okazały się pytania o modus operandi: jak TO się stało? Zatem w „21:37” ktoś mordował kleryków za pomocą zaciśniętej torby foliowej. W „Kołysance dla mordercy” seryjny zabójca uśmierca bezdomnych zastrzykami z benzyną, a następnie odcina im dłonie. Powiecie: makabryczne? Rzeczywistość bywa o wiele bardziej okrutna od fikcji, a poza tym – przywołam poręczne zdanie Marcina Wrońskiego – kto by chciał czytać, że szwagier szwagra siekierą. I to jeszcze w Boże Narodzenie, przy wódeczce i karpiu. Po prostu banał.

W moim przypadku pytanie „jak?” nieodmiennie łączyło się z innymi: „kto?” oraz „kogo?”. Nic na to nie poradzę: właśnie ta kwestia była dla mnie starterem i nakręcała strunę wyobraźni. Lub, jeśli wolicie inną metaforę, kula śniegowa zaczynała się toczyć i nabierała należytego rozpędu.

Wracając do „21:37”: doktor Trnka milczał długo. Na tyle długo, że zacząłem powątpiewać, czy aby odpisze. Zacząłem myśleć – nigdy nie ulegajcie podobnym rozterkom, jeśli chcecie wydobyć od eksperta ważkie informacje – że przesadziłem. Wreszcie odpisał. „Jeśli chodzi o duszenie torbą foliową, to odbywa się to tak”. Następnie znakomity medyk w punktach wyłuszczył, że duszenie takowe jest dość zbliżone, jeśli chodzi o mechanizm psychologiczny, do metody tortur stosowanej przez wszelkie tajne służby wszelkich państw – pozdrowienia dla Starych Kiejkut! – i elegancko zwanej waterboardingiem lub bardziej swojsko: podtapianiem. A także, że owe torby stosowano powszechnie w Kambodży w czasach Pol Pota, aby wyeliminować wrogów idealnego ustroju. Metoda dość rękodzielna, to fakt, ale za to tania. Zatem, gdy już dowiedziałem się o Czerwonych Khmerach, drobny pierwiastek kambodżański do powieści także przemyciłem. Było w tym mejlu doktora Jakuba Trnki znacznie więcej, ale pozwólcie, że pozostawię coś dla siebie.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w przypadku opowiadania (w dodatku niewielkiego objętościowo) skazani jesteśmy na kompresję zdarzeń, czasu, miejsca i postaci. Opowiadanie domaga się odmiennej dynamiki niż powieść. I wówczas pytania: „od czego zacząć?” i „o czym ma to być?” staje się kwestią wagi ciężkiej i zasadniczej.

Blog towarzyszący „Latu z kryminałem” daje okazję, aby pracować, za przeproszeniem, na żywym ciele, czyli opowiadaniach, które Państwo przysyłacie na konkurs POLITYKI. Pozwolę więc sobie do owych utworów się odwoływać, traktując je jako preparaty i ilustracje do mych – ciekawe, co na to Kiejkuty – wynurzeń. Dodam, że liczba napływających tekstów zaczyna mnie lekko niepokoić, nie wiem, jak to ogarnę, no ale – tego już Marcin Wroński nie dodał – nie takie rzeczy się ze szwagrem robiło (zresztą znakomity autor kryminałów z Lublina nie jest moim szwagrem, więc co on tam wie).

Jednym z pierwszych, którzy zareagowali na nasz konkurs, był Marek D. z Wrocławia, zatem, a jakże, epicentrum rodzimego kryminału. Akcja „Zasłuchanego” – takiż jest tytuł, a dlaczego taki, wyjaśni się za chwilę – dzieje się tuż po wojnie w sercu Dolnego Śląska.

Zaczyna się tak:

„Było przed piątą rano, padał deszcz. Jan próbował dopchać wózek z towarem pod drzwi Hali Targowej. Duże, drewniane koła ślizgały się na mokrej nawierzchni. W świetle latarni ulica Piaskowa połyskiwała spadającymi z nieba kroplami deszczu. Po chwili rozpętała się prawdziwa ulewa. Jan zerknął w stronę Ostrowa Tumskiego, naprężył muskuły i mocno nogami zaparł się o ziemię. Pomimo tego, że buty ślizgały się na mokrym chodniku, udało mu się dostarczyć przeznaczone na handel artykuły pod wejście do budynku. Odetchnął z widoczną na twarzy ulgą, zdjął czarną, skórzaną rękawiczkę i otarł z wilgoci bujnego wąsa. Metalowe rynny strzelały od deszczu, ceglany mur zewnętrznej elewacji pokryła woda, na żółtych szybach pojawiły się krople. Kupiec zatrzymał jeszcze na chwilę spojrzenie na kamiennym zdobieniu bramy, po czym założył rękawiczkę i wszedł do środka. Był trzynasty sierpnia 1946 roku, kiedy Jan w progu hali spotkał Wieśka, który
zajmował się ochroną. Portier skinął głową na powitanie, następnie głośno ziewnął. Był małomównym człowiekiem. „Ucho od śledzia”, było jego ulubionym powiedzeniem. Nie miał rodziny. Jan poszedł dalej, po kilku krokach natknął się na Klarę, obrotną sprzątaczkę w dużych okularach, która kościstymi palcami pocierała małżowiny uszne: raz jedną, raz drugą. Kupiec uśmiechnął się do niej. Kobieta straciła na wojnie męża i nie miała dzieci. Często kokietowała mężczyzn, także tych żonatych”.

Mamy więc czas i miejsce, kupca Jana (który, wbrew introdukcji, nie jest główną postacią tej historii), portiera i „obrotną sprzątaczkę”, najogólniej: epicką rozbiegówkę, a chwilę później autor dorzuca nam garść szczegółów architektonicznych, informując, że „fasada hali skrywała nowoczesną konstrukcję nośną, pod postacią parabolicznych, żelbetonowych łuków, o rozpiętości około dwudziestu metrów”, zaś „na łukach zachowano fakturę drewna z szalunku”.

Oprowadziwszy nas po hali i potwierdziwszy wrocławski rodowód, autor przechodzi do rzeczy:

„Na stoiskach z żywnością odnaleziono odcięte, ludzkie uszy. Były większe i mniejsze, należały zarówno do dorosłych, jak i dzieci. Małżowiny nie były pokryte krwią, tak jakby ktoś wcześniej dokładnie je umył. Można było dostrzec na nich linię precyzyjnego cięcia, leżały tuż przy kapuście. W jednym przypadku zostały przybite do boków największej główki, w jałowym świetle tworząc obraz odwróconej, ludzkiej głowy. W sumie zebrano sześć par uszu. Znaleziono także nóż, brudną ściereczkę do wycierania okularów, kartkę ze szkicem rzymskiej dwójki i pokryty krwią niedopałek papierosa”.

Jak na mój gust, trochę zbyt dużo tu detali (rzymska dwójka, niedopałek), nie bardzo wiadomo, dlaczego narrator potrafi fachowo określić, czy cięcie było precyzyjne, czy nie (powinniśmy się tego dowiedzieć od stróża prawa prowadzącego dochodzenie), interesujące, czym przybito te uszy, a skoro był nóż, to może i walał się gdzieś młotek. Mniejsza jednak o drobiazgi. Wyobraźcie sobie natomiast, że rezygnując z „żelbetonowych łuków” i epickiej ornamentyki, zaczynamy całą opowieść z grubsza tak:

„Na stoisku z żywnością leżały odcięte ludzkie uszy”.

I tak dalej.

Od razu znajdujemy się in medias res, w jądrze fabuły, a wokół pytań: „co będzie dalej?” oraz „co tam się stało?” ogniskuje się nasza czytelnicza ciekawość. Lepiej tak? Zaciekawia? Przyszpila do tekstu? W przypadku krótkiego opowiadania z pewnością. Powraca więc kwestia, jak zacząć opowieść i wokół czego ją zogniskować. O czym chcę Wam opowiedzieć?

Morału nie będzie, bo każdy jest równie mądry, chociaż właściwie… Jest środek wakacji, pamiętajcie więc, że są milsze sposoby spędzania czasu nad wodą niż waterboarding. Uważnie patrzcie też, co Wam podają do jedzenia na tekturowych tackach. Nie tylko wtedy, gdy zawitacie do Wrocławia.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Ponure to strasznie.

  2. fajne.
    miedzy kapusta walaly sie uszy . male i duze . jedne z kolczykami inne natomiast o wiele wieksze niz przecietna. to wlasnie te wieksze przykoly uwage pani sprzataczki. to nie sa ludzkie uszy – pomyslala i ukradkiem podeszla, gdy nkt nie patrzyl, a milicji jeszcze nie bylo, na wyciagniecie reki. po chwili jeszcze blizej i blizej.
    do jasnej cholewci , przeciez to rogaliki pieczone przez gienie ze stoiska obok.
    ale co one robia w kapuscie?
    pytanie to nie dawalo spac miesiacami komisarzowi Frytke. przewracal sie z boku na bok , niemogac sobie wyobrazic co oznaczaja rogaliki w kapuscie. czy przybicie jednego rogalika do kapusty mialo jakies ukryte znaczenie? czy to byla jakas ukryta wiadomosc jak np ryba w kamizelce kuloodpornej? ale gdy ryba znaczyla ze wlasciciel kamizelki spi z rybami to co oznacza rogal i kapusta? rogal spi w kapuscie? rogal, rogal kapusta rogal.
    cholera jasna- krzyknal wyskakujac z lozka- przeciez wlasciciel stoiska z warzywami ma na nazwisko rogal. antoni rogal. trzeba sprawdzic czy zyje i znalezc ten cholerny mlotek.

  3. przepraszam. nie moglem sie powstrzymac

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Witam!
    Zdecydowałam się napisać tę wiadomość ze względu na chęć udziału w konkursie „Lato z kryminałem”. W regulaminie konkursu znalazłam informację, że pytania dotyczące konkursu możemy kierować na bloga pana Mariusza Czubaja.
    Chciałabym zatem dowiedzieć się czy mogę napisać opowiadanie z wątkiem, który nie jest mojego pomysłu? Brzmi to dość skomplikowanie, ale już wyjaśniam. Czysto teoretycznie załóżmy, że chcę kontynuować historię Jamesa Bonda, umieścić go w moim świecie i poddać wymyślonym przeze mnie przygodom.
    Innym przykładem jest możliwość umieszczenia bohatera w miejscu, gdzie James Bond właśnie wykonuje swoją misję. Bohater poddaje się historii stworzonej przeze mnie, ale przez fabułę przewija się wątek związany z Bondem, książką o nim czy filmie.
    Czy nie jest to karalne? Czy taką pracę mogę zgłosić na konkurs?
    Pozdrawiam
    Cristina

  6. Głucha jesteś?warknął wikary.
    -Nie płacę Ci za modlitwy,tylko za sprzątanie-dodał poirytowany ksiądz.
    -Już kończę,proszę księdza-odparła potulnie Halinka.
    -Guzdrzesz się kobieto!Jutro przyjdz godzinę wcześniej a teraz pozamykaj wszystko i idz z panem Bogiem do domu.
    -Proszę księdza!ale!…
    -godzinkę wcześniej,godzinkę-przerwał jej ksiądz słabnącym już tylko echem,odbijającym się od grubych murów świątyni.
    Halinka wstała z kolan i zapobiegawczo oparła się o ławeczkę kościelną,wiedziała że nie może sobie pozwolić na chwilę roztargnienia,zawroty głowy po całodziennej harówce na kolanach mogłyby być zabójcze na kamiennej posadzce,dla niej i jej sześciomiesięcznego dziecka.
    Ku… ,…ć!zawyła w myślach Halinka,co począć?gorączkowo rozmyśla,stary jej nie przepuści,miała przynieść obiecane trzy dychy przez księdza,zarobione przez cały dzień harówy,zwodził ją cały dzień i pocieszał że specjalne względy u Pana Boga nie pozwoliły jej zatrudnić u proboszcza w ogródku.
    Zamykając kościelne drzwi zdała sobie sprawę że jedynym plusem tej roboty to,to że nie jest tak gorąco jak właśnie teraz,kiedy wyszła na kościelny rozgrzany jak piekło dziedziniec.

    ***
    Jan Nęka klnąc na panujący upał i rozgrzaną do czerwoności karoserię własnego dostawczaka,ożywił się nagle. dostrzegając znajomą sylwetkę z za brudnych szyb samochodu.
    Jak Boga kocham!Halinka!?Co za czort ją tu przywiał?I niewiele się zastanawiając zawrócił na środku drogi o mało nie rozjeżdżając grupki rowerzystów.
    Gasząc silnik zgasł w nim jednocześnie entuzjazm ze spotkania z dawną znajomą,siedząc te kilka lat w więzieniu często ją sobie przypominał,oglądając kolorowe gazetki.Jednak prawdę mówili kumple z paki że zaszła w ciąże z kościelnym.Z takim ścierwem!Jeśli to prawda co mówią te mohery,że ona haruje a on kasuje i się z nią boksuje to nie ręczę za siebie!-odgraża się w myślach Jan.
    Mimo wszystko nadal jest ładna,mimo wszystko-zastanawia się, już zdecydowany.

    ***
    Wszystko tylko nie on!Nawet o tym nie myśl!Teraz i w tym miejscu,proszę!Nie!!
    -Moja mirabelko,śliweczko,moja ty brzoskwinko!-zagaił Jan
    – odwal się,nie widzisz jak wyglądam?Idioto!-sapneła Halinka.
    -Cudownie wyglądasz,zobacz ile tu wokoło pięknych kobiet a ja zatrzymałem się tylko dla ciebie
    -No właśnie!Kretynie
    -Co takiego?Halinko!
    -Slepy jesteś!?
    -Ja nie,ale te baby wokół na pewno-roześmiał się Janek
    -I tak mam piekło,teraz jak się dowie że z tobą gadam to mnie zabije.
    Słowa Halinki wywołały w nim niepokój,oczywiście nie o nią,a o siebie.
    Jako zaufany dostawca parafii w Boziejkach,wcześniej czy później natknie się na jej męża,a to kanalia,ale i prawa ręka proboszcza i protegowany w przyszłorocznych wyborach do rady powiatu,a więc kanalia do kwadratu.
    Oswobodził się jednak z tych czarnych rozważań ,przygryzając sobie dolną wargę pierwszą i ostatnią górną jedynką.
    K…,…ć!!!-zagrzmiał Jan -potykając się o jakieś cielsko.-Halinka!?
    Cdn.
    Stan surowy otwarty więc na krytykę nie jest za pózno.

  7. Pani Cristino,
    można. Jedynie warto zadać sobie pytanie: czy warto?
    Pozdrawiam –
    mc

  8. Co oznacza „opublikowany”? Jeśli fragmenty opowiadania były umieszczone np. na blogu lub fb, to nadal możne ono brać udział w konkursie?

  9. Obciach! A tego Jan nie znosił,i to w takim momencie,ważne że Halince nic nie nie stało.
    Omdlenia ciężarnych to normalka a siniaki na tyłku policzę jej wieczorem-rozmarzył się Janek.
    Kontynuując swe plany w trakcie jazdy,Jan przypomniał sobie ostrzeżenia więziennego psychologa,że jego konstrukcja psychiczna nie pozwala mu na spożywanie alkoholu i używek a zapadnięcie egzystencjonalne którego właśnie doświadczył jest konsekwencją nie stosowania się do jego rad-”stres,myślenie plus używki ,te czynniki powodują u pana zakotwiczenia osobowości w przestrzeni,panie Nęka-nie pić,nie myśleć,kierować się instynktem,w miarę postępu terapii krótkotrwale zastanawiać się nad sobą”Słowa te grzmiały Janowi w czaszce i powodowały strach,którego przyczyn nie był pewny,przecież był na kacu.
    -Cholera!wrzasnął Jan,pieprzeni Ukraińcy!-dodał spluwając przez okno.
    Z za zarośniętego łuku drogi zaskoczyła go tyrada uchodźców,ślamazarnie poruszających się po całej drodze,aby uniknąć zderzenia z piechurami Jan gwałtownie skręcił na pobocze wyhamowując przed symbolem dawnej świetności jego kraju czyli,kawałkiem rury wystającej z ziemi,która była kiedyś bazą dla fotoradaru.
    Uderzenia w klakson na niewiele się zdawały,ludzie bez pośpiechu odsuwali się na pobocza,czymże jest klakson w porównaniu z trwogą wojennej pożogi?-zasmucił się refleksyjnie Jan,zaskoczony tą myślą.
    Jednego był pewny,klakson był za cichy,owszem miał broń,ale kogo miałby nią wystraszyć-zastanawia się,okradzione z emocji i wszelkiej nadziei na poprawę losu kobiety?
    Znamienne w tej wojnie było to że wśród uciekinierów nie było młodych kobiet,dzieci i mężczyzn-same stare baby-zastanawiał się Jan.To samo w jego rodzinnym Przemyślu,zresztą cały teren przygraniczny to setki tysięcy kobiet,samych starych kobiet.

    Zapomniał o niej kolejny raz,ale nie zwracała na niego uwagi,kątem oka spostrzegł że ze łzami w oczach przygląda się sytuacji na drodze,była zmęczona a z tego był zadowolony.
    -Zawiozę cię do mojej matki,Halinko,ale najpierw dostarczę towar na parafię,proboszcz czeka na mnie a ja potrzebuję pieniędzy,będzie miał ważnego gościa z warszawy,jakaś szycha,razem z tą tłustą świnią chodził do seminarium,będzie biba jak zwykle-uśmiechnął się Jan.
    -Bawisz się z proboszczem?-uśmiechneła się gorzkawo przez łzy
    -A ty nie?ryknął ze śmiechu Jan
    Nie oddał jej tylko dlatego że droga na skróty wymagała nie lada uwagi,zresztą niech beczy,to co chce i musi jej powiedzieć o jej sytuacji będzie dla niej jak tęgie lanie.

    ***

    Patek Philippe ks.Marka nieubłaganie wskazywał braki w dyscyplinie dostawcy parafii,zażenowany tym wielokrotnie wikary proponował proboszczowi usługi swego człowieka,który oprócz wielu zalet niezbędnych aby móc zaopatrywać parafię,miał dar odczytywania potrzeb z których wikary często nie zdawał sobie sprawy.
    Cdn..

  10. Wikary pokochał ten blask i muśnięcia opuszkami palców snujących się po kopercie szlachetnego czasomierza wyzłoconej po niebiosa,a skrywającej serce mechanizmu którego sens pracy mógł znać tylko sam Bóg-tak uważał i tego przed nikim nie ukrywał,poświęcając całe popołudnia na próbach rozszyfrowania języka boskiej Istoty,którego znaczenia doszukiwał się w idealnym dopasowaniu folii samoprzylepnej do szafirowego szkła .Nie poddawał się,wycinając koła,kwadraty i konstelacje tych figur,wyobrażając sobie jak bliski już jest ideału,jednak Bóg piętrzył przed nim trudności wystawiając go na próby:bąble,zatory,zmarszczki i zakładki,to były kłody którymi Stwórca sprawdzał wiarę swego sługi,a wikary w lot pojmował przesłania swego Pana widząc w bąblu postać swego proboszcza, którego tak chętnie by zneutralizował,a czego ku swej rozpaczy nie czynił w obawie o majestat szklanej tarczy na której rysa dźgnięta ręką śmiertelnika mogła zadać kłam o nieskazitelności boskiej powłoki.
    Jednak rozpacz ks.Marka została rozwiana nadzieją realizacji boskiego planu,a który to plan Bóg mu przedstawił nakazując włamać się do osobistego sekretarzyka proboszcza aby dostąpił kolejnego stopnia wtajemniczenia i zapoznał się z jego wyrokiem ,napisanym ręką śmiertelnego chirurga,a za Boga ma świadka iż ten bąbel knuje i donosi na niego do kurii,co za przyzwoleniem swego sumienia niejednokrotnie podsłuchał i czego do dzisiaj żałuje nie nagrał,bowiem zwyczajna zazdrość o ten cudny przedmiot jak i sposób jego zdobycia do tych niecnych czynów go zawiodła.

  11. Do „greta”
    W regulaminie masz w §21. Uczestnik konkursu oświadcza, że posiada pełne prawa autorskie i majątkowe do nadesłanego opowiadania kryminalnego. Ponadto oświadcza, że:

    – opowiadanie kryminalne nigdy wcześniej nie było w całości publikowane

  12. Tak, ale dla niektórych opublikowane oznacza takie, które ma nr ISBN. Dopytuję więc 🙂

  13. .i to będzie dla nas ogromny zaszczyt jeśli wasza świątobliwość byłby łaskaw w swej dobroci pobłogosławić rozpoczynający się rok szkolny w…
    -Proszę dopilnować aby wszystkie dzieci 1-go września poszły do kościoła-przerwał stanowczo swojemu rozmówcy ks.biskup
    -Z panem bogiem!-rzekł w kierunku telefonu,na którego wyświetlaczu bezczelnie panoszyło się zdjęcie jego byłego już rozmówcy,nauczyciela z zapyziałej wsi,a co gorsza byłego już premiera.
    Z ulgą skorzystał z opcji menu potwierdzając usunięcie kontaktu,który do niczego już nie był mu potrzebny.
    -Długo jeszcze?
    -Jeśli to bydło będzie się paść tak po całej drodze to dobrą godzinkę-odparł kierowca.
    -Kogut na dach i wio!-zarządził biskup.
    Jednostajny dźwięk syreny przypomniał biskupowi prawdziwy cel wizyty,bo choć współczuł swemu koledze z seminarium to chciał się przyjrzeć wikaremu,którego biznesowe talenty podziwiał ale i osobiście chciał sprawdzić ich prawdziwość,bo jeśli to prawda że za parę kartonów leków odkupił tak zacny chronograf od ukraińskiego pediatry,to możliwe iż przymknie oko na inne wybryki wikarego,oczywiście pod warunkiem że przedmiot ten odda w ręce biskupa jako depozytariuszowi ruchomego mienia kościoła.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*